5961087720-2bbd9fc14b-z_5c8c-x0y0xx675yy369w648h354.jpg

58 Godzin

Dzień Dobry!
(…) Nie bardzo wiem od czego zacząć (jest tego trochę), więc może zacznę od początku….

Antosia urodziła się   05/02/2016 przez cesarskie cięcie w szpitalu  przy Madalińskiego w Warszawie.
Od samego początku do samego końca prawie (prawie- bo od czasu przyjęcia do szpitala było tylko gorzej) jak mówił mój lekarz prowadzący :
CIĄŻA PIĘKNA, bez żadnych komplikacji, tylko rodzić.

Kiedy odszedł nam czop płodowy, wiedziałam, że rozwiązanie blisko i wyczekiwałam….wyczekiwałam.
W napięciu, podekscytowana, szczęśliwa, ZARAZ SIĘ ZOBACZYMY
Oczywiście wszystkie możliwe  aplikacje ciążowe na telefonie zainstalowane, to też kiedy zaczęły się bóle (regularne) wiedziałam, że trzeba się zbierać, wiedziałam, że to już.

Kiedy w nocy mnie „złapało” a aplikacja pokazywała skurcze co 9 minut , jak poradziła nam położna, bez pośpiechu i na spokojnie wzięłam prysznic, ubrałam się  i ruszyliśmy do szpitala, ostatecznie przy Madalińskiego właśnie, bo po wcześniejszej wizycie  na oddziale byłam oczarowana tym miejscem , super  STANDARDY (pomyślałam wtedy)- ochrona krocza, oksytocyna w ostateczności (nie z automatu jak w wielu szpitalach) i wiele innych, które mi bardzo odpowiadały…nastawienie na naturalny(!) poród (taki właśnie chciałam-własnymi siłami i bez znieczulenia), piękne sale porodowe, wszystko wyglądało idealnie…..
WYGLĄDAŁO.

Kiedy o 2 w nocy stawiliśmy się na izbie przyjęć  i dr kazała mi wejść na fotel, okazało się, że faktycznie szyjka wygładzona, rozwarcie 1cm.
Kiedy badanie skończyła, zanim zeszłam z fotela, wylała się ze mnie krew…. krwi było na tyle dużo, że zakrwawiony był fotel i podłoga dookoła.
Lekarzem nie jestem, ale nie było to raczej plamienie z szyjki macicy (wiem, że może wystąpić po odejściu czopu śluzowego) ale o tym za chwile.

Zostałam przyjęta do szpitala  słowami „dziś urodzimy”, dostałam piękną  dużą salę porodową, z ogromnym bujanym fotelem dla osoby towarzyszącej, piłkami, workami sako, drabinkami, oddzielną łazienką z prysznicem etc.
teraz to wszystko bez znaczenia, jednak wtedy cieszyłam się, że będę rodzić „po ludzku”.

Kiedy przyszła do mnie „moja” położna (bardzo sympatyczna , młoda kobieta) omówiła ze mną plan porodu i jeszcze raz przebadała, ponownie WYLAŁA SIĘ ZE MNIE KREW, podpięła nas pod KTG: skurcze regularne, brak postępu porodu, żadnego USG, żadnej diagnozy (skąd krew?!).
Po kilku godzinach dostałam informacje, że jeśli do południa nic się nie wyklaruje, to mogę zostać przeniesiona na salę przedporodową i poczekamy na rozwój sytuacji, jak też się stało.

Przez cały dzień bóle regularne, brak postępu porodu, a ja zmieniałam tylko wkłady poporodowe (tak ze mnie leciało) .
Przetrwałam noc, na kroplówkach nawadniających, czopkach które miały przyśpieszyć poród i na stołku pod prysznicem.
Kiedy rano przyszedł lekarz na obchód( w sali leżałyśmy we trzy), kiedy doszedł do mojego łóżka a położna powiedziała mu, kiedy zostałam przyjęta, z regularnymi bólami i krwawieniem z dróg rodnych, spojrzał tylko w kartę( mnie nie zaszczycił spojrzeniem) i powiedział „ WRÓCIMY DO PANI” , jak można się domyślić- NIE WROCIŁ.
Jak później podsumowała położna, podając mi kolejną kroplówkę- czasami pierworódki mają ciężko i poród nie jest taki szybki jakby się chciało (yhym), czekaliśmy dalej na „postęp” porodu.

Po całej nocy, po całym dniu i po kolejnej nocy , byłam już tak zmęczona, że zasypiałam na kilka minut między skurczami, wieczorem  juz tylko płakałam i czekałam dalej, bo ciągle z tyłu głowy miałam gdzieś myśl, że jestem w dobrych rękach i może tak musi być (?!).
Co chwilę podpinali nas pod KTG i klepali  po ramieniu.
Co kilka godzin kładli mnie na fotel i badali rozwarcie które ani drgnęło  a ze mnie lała się krew po każdym badaniu i tak aż do momentu kiedy położyli mnie na stół operacyjny , zużyłam całe opakowanie wkładów poporodowych.

W nocy przyszła do mnie położna ( położna „starej” daty) z praktykantką, jak się domyślam, chciała jej pokazać „jak to się robi”, że rodzi się na pstryknięcie w palce… położyła mnie na fotel i zrobiła mi ukryty masaż szyjki (jak później mnie oświeciły dziewczyny z Sali, do której weszłam z płaczem i nie mogłam z siebie słowa wydusić bo tak wyłam) kończąc badanie powiedziała „wyciągnęłam – do rana urodzimy”.

Po badaniu krzyczałam, że już nikt mnie nie przebada w tym szpitalu i pobiegłam na porodówkę do położnika który pierwszego dnia przychodził do mnie z KTG (młody, sympatyczny facet, Bogu dzięki, był tej nocy na dyżurze) powiedziałam mu (z trudem chyba mnie zrozumiał, byłam w takiej panice) o tym co zrobiła mi położna i że nie dam już rady.
Zabrał mnie na porodówkę i powiedział, że tamta kobieta już do mnie się nie dotknie i faktycznie już się do mnie nie dotknęła (on niestety miał dwie swoje pacjentki i zająć się mną nie mógł) a zajęła się mną inna młoda położna (z jego polecenia), która  bardzo chciała mi pomóc i w miarę ogarnąć mnie psychicznie, bo fizycznie to już nie było co….
Karolina (moja imienniczka) nalała mi do wanny ciepłej wody i wtedy mała zaczęła się  szamotać w brzuchu o czym od razu ją poinformowałam.
Kiedy wyszłam z wanny, z krwią odeszły mi wody  i zostałam podłączona pod KTG gdzie przez 45 minut  Antosia już się nie ruszała.
„Szybka”  decyzja lekarza – Cesarskie Cięcie.

I tu chwilę wrócę do planu porodu i oświadczenia które wypełniałam:
Nie wyraziłam zgody na szczepienie w pierwszej dobie.
Zgadniecie ??
Oświadczenie zaginęło a kolejna osoba z personelu medycznego, (w czasie kiedy mnie wywozili w  pośpiechu na salę operacyjną)  chciała wcisnąć Tacie Antosi do podpisania „na ślepo”  zgodę na zabieg…. Niestety dla niej i na szczęście dla nas, ogarnęliśmy co jest grane, nie wyraziliśmy zgody.

CC jak wygląda wiadomo- operacja.
Antosia była owinięta pempowiną  i nie chciała oddychać kiedy ją wyjęli, a wyjęli ją dość szybko(od momentu położenia mnie na stół) nie słyszałam płaczu i wiedziałam, że jest źle, że jest coś nie tak.
Po Sali operacyjnej zaczęły biegać położne i krzyczały „dzwonić na OIOM”, zrobiło się straszne zamieszanie, nikt mi nie chciał powiedzieć co się dzieje a jedyne  co usłyszałam od lekarza to – PEDIATRA PANIĄ POINFORMUJE O WSZYSTKIM.
Daruje sobie przypisywanie emocji i  tego co działo się ze mną kiedy tak leżałam na tym stole ( możecie sobie wyobrazić albo chociaż się postarać ).
Małą zobaczyłam dosłownie na sekundę, zabrali ją na oddział, nie widziałam jej  10godzin, jednak Krzysiek mógł być przy niej i po kilku godzinach trochę się uspokoiłam, bo stan Antosi się znacząco poprawił a ona leżała uśmiechnięta w inkubatorze.

Z bloku operacyjnego zabrali mnie na sale pooperacyjną gdzie leżałam kilka godzin a później na salę trzyosobową  na której nie było czym oddychać a w nocy temperatura chyba dochodziła do stu stopni.
Bez snu czwartą noc z obolałym brzuchem  i trójką  noworodków które co chwilę płakały.
(…)nawet kiedy mi się udało uśpić Antosie, to „sąsiadka” zaczynała koncert i tak do rana.
Rano dostałam informacje , że odwiedziny od 14-20 (bez dyskusji)
Kiedy zapytałam się położnej, czy może ktoś do mnie przyjść wcześniej do pomocy  (psychicznie i fizycznie –wrak człowieka ) zostałam wyśmiana.
Nikt do mnie nie przyszedł i nie powiedział jak dostawiać małą do cyca, położne plątały się po szpitalu obrażone na cały świat.
Kiedy przyjechał do mnie Krzysiek, powiedziałam mu, że nie wytrzymam na tej sali, zdecydowaliśmy się na „DOM NARODZIN” (super wyposażone pokoje, gdzie osoba towarzysząca ma „swoje” łóżko i  nie ma godzin odwiedzin) gdzie doba to koszt 500zł,  spędziliśmy tam dwie doby, czyli dodatkowo musieliśmy zapłacić 1000zł za  „chwile” spokoju po „tym” wszystkim.

Na wypis ze szpitala czekaliśmy aż do godziny 16,00 jednak okazało się, że jest tylko wypis Antosi a mojego jeszcze nie ma (ciekawe dlaczego- domyślam się).
Poprosiłam położną żeby tylko dała mi spojrzeć w „papiery” a mój wypis Krzysiek jutro odbierze.

Co w papierach ??                                                                                                       
W papierach nie było nic o krwawieniu z dróg rodnych a w rubryce „I etap porodu” wpisane było 2:58h  i wiele innych które z rzeczywistością nie mają nic wspólnego.

Napisałam o tym, jednak mówić bez emocji o tym nie potrafię (jeszcze).
Antosia jest  zdrowa a mi  po wyjściu ze szpitala wróciła laktacja.

Za to co wydarzyło się w tym szpitalu NIKT NIE ODPOWIE.
Zostawiam do refleksji.

Ps. 58 – tyle godzin trwaly u nas regularne bole porodowe .

K.